Wielu finansowych guru mówi, że trzeba mieć spłacone długi konsumpcyjne i trochę kasy odłożonej na czarną godzinę i muszę przyznać, że to jest w sumie podstawa. Jak to nie jest ogarnięte, to nie ma za bardzo ani matematycznie, ani praktycznie sensu wchodzić w inwestowanie. Myślę, że można otworzyć IKE lub zwyczajne konto brokerskie, tylko po to, żeby zobaczyć, jak działa sam mechanizm, natomiast oszczędności powinny wtedy płynąć w te dwie strony.
Po pierwsze, długi spłacamy do zera, bo zazwyczaj są wyżej oprocentowane od podstawowych instrumentów oszczędnościowych jak lokaty czy obligacje. To jest w zasadzie dla mnie główny wyznacznik. W obiegu krąży popularny i całkiem słuszny pogląd, że spłacamy swoje zobowiązania najpierw, a dopiero potem inwestujemy. Ja natomiast, w pewnym uproszczeniu, patrzę tylko na koszt długu i jeśli jest wyższy niż polskie obligacje indeksowane inflacją, to się go pozbywam, jeśli jest niższy, jak np. niektóre kredyty hipoteczne na stałej stopie w danym okresie czasu, to je zostawiam. Czas jest głównym czynnikiem w inwestowaniu i działa w dwie strony. Oczywiste jest, że jeśli chcemy powiększać kapitał, to procent składany z czasem robi wielkie liczby, ale nie każdy myśli o tym, że jeśli mamy dług, który jest oprocentowany poniżej inflacji, to z każdym rokiem, gdy go trzymamy, wartość długu się dewaluuje. W międzyczasie zazwyczaj pensje rosną i pozostały dług boli coraz mniej i łatwiej go spłacić w porównaniu do dochodów. Inną sprawą jest jeszcze psychologia posiadania długów, ale tutaj już pozostawiam temat wg osobistych preferencji.
Druga sprawa, zanim wejdziemy w świat daily traderów i Wilka z Wall Street, to kasa na czarną godzinę. Osobiście z racji niepewnego zawodu, jakim jest lotnictwo, trzymam sumę około 12 miesięcznych wydatków mojej rodziny. I mam tutaj na myśli bare minimum, czyli opłaty stałe, kredyt hipoteczny, jedzenie, podstawowe leczenie, itp. Do zeszłego roku trzymałem dwunastokrotność tego, ile normalnie wydaję miesięcznie, ale poczułem, że to trochę za dużo „gotówki" i postanowiłem część wrzucić na giełdę. Dużo osób trzyma gotówkę na 3 do 6 miesięcy wydatków, ale wydaje mi się, że szczególnie dla pilota na kontrakcie B2B to o wiele za mało. Potencjalna choroba albo utrata pracy sprawia, że kolejny dochód możemy uzyskać dopiero za kilka czy kilkanaście miesięcy, które trzeba poświęcić na wznowienia lub przeszkolenia w nowej firmie.
Napisałem wcześniej słowo gotówka w cudzysłowie, bo samego cashu nie mam za wiele, gdzieś około 15–20k PLN i jest porozsiewany po różnych kontach osobistych. Resztę trzymam głównie w instrumentach rynku pieniężnego (MMF), które oferują dużą płynność i śledzi krótkoterminową stopę Europejskiego Banku Centralnego. Osobiście mam Xtrackers II EUR Overnight Rate Swap (XEON), który technicznie nie jest MMF, ale spełnia tę samą funkcję. Faktyczne MMF-y to np. Vanguard EUR money market ETF, iShares € Cash UCITS ETF (YCSH), Amundi Euro Government Bond 0-6M.
Podsumowując, zaczynamy od porządków w finansach osobistych. Wpis jest króciutki, ale opisuje dość długi i żmudny proces, który mi osobiście zajął kilka pierwszych lat. Może to być dość dołująca perspektywa, ale niestety bez dobrych fundamentów nie ma sensu zabierać się za inwestowanie, bo przy pierwszym kryzysie w branży zostaniemy z tym samym uczuciem, które ma spóźniony turysta na terminalu 10 minut po zamknięciu bramki, widzący, jak jego samolot właśnie zaczyna kołowanie. W drugiej części wejdziemy w praktyczny poradnik w kilku krokach, jak faktycznie zacząć inwestowanie przez konto brokerskie.
Tekst ma charakter edukacyjny i opisuje moje prywatne doświadczenia — nie stanowi porady inwestycyjnej ani podatkowej. Decyzje podejmujesz na własną odpowiedzialność; w razie potrzeby skonsultuj się z doradcą.